Jeszcze zostanę kiedyś szamanem…

O tym jak zostanę szamanem czyli rzucę to wszystko w diabły i zamieszkam w glinianej chacie.

Nadejdzie taki dzień, kiedy łuski opadną z moich oczu i dostrzegę, że doczesna stomatologia sensu nie ma. W odstawkę pójdzie fluor zabójczy, wiertła znienawidzone i sterylne skalpele. Teraz będzie tylko natura i ja, uduchowiony szaman XXI wieku, który porzuci naukę dla dobra ludzkości. Innymi słowy w końcu zacznę leczyć pacjentów tak, jakby sobie tego życzyli.

Zamieszkam w starej chacie, zapewne glinianej, pokrytej walącym się dachem ze strzechy. Okna będą tak brudne, że nie przepuszczające światła, dzięki temu wewnątrz będzie panował mistyczny półmrok. Podwórko, mieszanina błota, gnoju i pływających w tym kaczek, ogrodzone będzie chylącym się drewnianym płotem. Chylącym się ku upadkowi. Pod płotem będą rosły zioła różnorakie, w beczkach będę kisił warzywa a po kątach chałupy pająki będą plotły spokojnie swe sieci. Pod sufitem wisiał będzie gruby pęk ziół, z którego co rusz będę wrzucał coś do paleniska, ażeby nie wyjść z haju.

To wszystko będzie gdzieś pod wschodnią granicą, tak myślę.

Nie będę sprzątał, mył rąk, prasował fartucha i mył zębów. Będę za to autentyczny.

I przyjdzie do mnie pacjentka.

– Doktórze, daj cuś na ból zęba bo już nie zniesę.

– Proszę wkładać goździki w dziurę w zębie – wyjaśnię ze stoickim spokojem – Lekko stłuc w moździerzu i upychać. Do rana przejdzie.

– No a czym to czyścić? – zapyta, podniesiona na duchu, że nie odsyłam jej do miastowego Mengele.

Najlepiej gałązką brzozową, z jednej strony okopconą, a z drugiej ponacinaną jak miotełka.

– A którą stroną do zębów? – zapyta błyskotliwie.

– Można na zmianę – odpowiem w przypływie nagłego geniuszu.

– A sodą?

Można sodą z cytryną, można solą kuchenną… Polecam poranny mocz i do picia, i do płukania zębów.

Przyjdzie do mnie też sołtys.

– Ja tego, przed ślubem córki, coś bym chciał, żeby te zęby nie były takie brązowe – wyzna, mnąc w dłoniach znoszoną czapkę.

– Tytoń żuje? – zapytam.

– I pali – odpowie usłużnie.

– Pińcset złoty w takim razie – rzucę.

– Tyle nie mam! – sołtys złapie się za głowę.

– Czterysta i czarną kurę – rzeknę wspaniałomyślnie.

– Musi być czarna?

– Musi – odpowiem ze złym błyskiem w oku. Po chwili, mamrocząc pod nosem, wrócę z tajemniczą mazią w słoiku.

– Węgiel drzewny, zielona herbata, spirytus i parę innych. Trzymać za nogą łóżka w północnym pokoju. Wcierać w zęby aż dziąsła spuchną.

Odejdzie, dziękując mi w ukłonach.

Przyjdzie do mnie pani z wielkiego miasta.

– O oświecony, przez lata byłam truta fluorem…

– Czekaj, niech zgadnę, twoje wewnętrzne oko oślepło?

– Skąd wiesz?

– O, to bardzo powszechna dolegliwość. Nie martw się. Wystarczy, że przestaniesz używać pasty z fluorem. Oraz jeść ryb i pić zielonej herbaty. I wody. Nie zapominajmy, że musisz przestać oddychać, bo w powietrzu też jest fluor. To bardzo ważne.

– O mistrzu, to prawda, co mówią, jesteś nieomylny… Czy moje wizje wtedy powrócą?

– Jeśli mnie posłuchasz, to niezawodnie. O tak, jakieś wizje na pewno.

Odwiedzi mnie również sąsiad:

– O tu mnie spuchło i śmierdzi – wskaże paluchem. Zajrzę. Rzeczywiście, śmierdzi.

– Trzeba dezynfekować i czekać, aż ropa wypłynie, wtedy ząb z tą ropą sam się wydzieli – oznajmię uczenie, podając mu ciemną butelkę – Tu ma, moja nalewka, pić co dwie godziny pół szklanki.

– Z ziołami? – zapyta podejrzliwie.

– Się nie boi, to tylko dla smaku.

T.