Z pamiętnika

Do dupy z tym całym gotowaniem

Lipiec 04, 2017

T.

O tym, że żadnego bloga kulinarnego nie będzie w i ogóle do dupy z tym całym gotowaniem.

Ostatnio dużo czasu spędzam na portalach kulinarnych. Chociaż nigdy nie gotowałem, teraz doszedłem do wniosku, że nie może być w tym nic trudnego. Przecież to tylko jedzenie, na Miłość Boską. Gotują kucharze, aktorzy, prezenterzy, tancerki, pisarki i jeszcze cała banda innych szaleńców. Natchniony zdjęciami kuchni fusion, wybrałem się więc na stosowne zakupy. Nie poszedłem jednak do byle jakiego sklepu. Nie,nie. Poszedłem do Tego Wyjątkowego Sklepu, Gdzie Gadżety Są Dizajnerskie i Cholernie Drogie. No przecież to inwestycja na lata, myślałem. Pokusiłem się o założenie, że zdjęcia i przepisy mogę wrzucać na stronę. Gotujący facet-lekarz to jest w końcu coś.

Przemierzam więc beztrosko sklepowe alejki i doznaję nagłego olśnienia. To takie oczywiste, dlaczego ja i Andrzejek żywimy się czym popadnie. Nie mamy po prostu wyposażenia. Gdybym miał taką patelnię, jak ta tutaj, na pewno smażyłbym co rano naleśniki itd. Ile za to cudo?

400 złotych? Trochę drogo, ale w końcu marzenia nie mają ceny. Biorę! Nie mieliśmy też talerzy, sztućców, garnków, łyżki do zupy ( w niedzielę będę gotował rosół), łopatki do patelni (do zapiekanek), łyżki do makaronu (spaghetti) i noża do pizzy. Pakuję to wszystko do koszyka, uporczywie próbując rozwiać wyobrażenie, gdzie ja i A. jemy samotnie kolację na porcelanowej zastawie przy świecach. No dobrze. Jeszcze tylko produkty spożywcze i mogę iść do kasy. Po kolejnych dwóch godzinach wczytywania się w etykiety, ważenia, macania owoców i szarpania liści ananasa (podobno tak można poznać czy dojrzały) byłem już solidnie zmęczony. I Głodny.

Za całość wyszło 1500 złotych. Wybałuszam oczy na kasjerkę i wyciągam kartę. Jako, że mam wrażenie, iż zaraz zejdę na rozległy zawał, rozpaczliwie tłumaczę sobie, że na pewno wszyscy blogerzy mają takie wydatki.

W domu rozkładam zakupy. Andrzejek rzuca okiem i pyta czy podać mi Relanium i czy może być we wlewce doodbytniczej. Spławiam go tylko niecierpliwym ruchem dłoni. Klękajcie narody, oto zaczynam tworzyć.

„Rozgrzać masło”. Proste. Wrzucam kostkę masła na moją ceramiczną patelnię i wychodzę na jakieś pięć minut do pokoju. Nie wiem dlaczego, ale po powrocie okazało się, że masło wyparowało i została po nim tylko brązowa obwódka. Dziwne. Może nie było mnie chwilę dłużej, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi. Myślę, że gotowanie to jednak nie tylko trzymanie się przepisów, ale też sztuka improwizacji. Coś jak eliksiry w Harry`m Potter`ze. Używam więc tego, co moim zdaniem było najbardziej zbliżone do masła czyli margaryny.

Dalej kazali użyć wykałaczek. Nie mam. Biorę zapałki.

Czosnek chyba trochę się przyjarał, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że miałem inwazję szczurów w Fallout Shelter.

Ta sama historia z pieczarkami, tylko z grzybami to tak już jest. Nigdy nie wiesz czy są jeszcze surowe czy już w sam raz. Moje kolorem i fakturą przypominały nadpalone kartki papieru, więc oceniam je na plus. W powietrzu unosi się ponadto specyficzny zapach, ale na pewno tak miało być.

Ciasto miało być dziecinnie proste i do zrobienia w mikrofali. Kto by się nie pokusił?

O 21 zapraszam do stołu Andrzejka i jego obecną dziewczynę. Mówię obecną, bo rotacja jest dosyć duża. Chyba nikt nie jest na tyle silny psychicznie, żeby zgłębiać zakamarki jego chorego umysłu.

– Co tak dziwnie pachnie? Pali się coś? – pyta A., siadając. Weronika nie ma co czekać aż odsunie jej krzesło. Może nie tylko psychika A. jest odstręczająca.

– Nie,dlaczego? – odpowiadam, pochłonięty nakładaniem mięsa. Jestem wykończony, spocony, widzę podwójnie, ale było warto.

– Jest siwo w powietrzu – oznajmia Weronika i już rozumiem, dlaczego A. nie odsunął jej krzesła. A potem oficjalnie rozpoczyna się katastrofa.

– Dlaczego mięso jest niebieskie?! Użyłeś do zapałek? T., na czym to usmażyłeś?! Mięso jest surowe. Nadzienie jest gorzkie, przypaliłeś to. Czosnek smaży się najwyżej 2 minuty.

– W cieście jest zakalec. To nie jest prawdziwa czekolada, tylko wyrób czekoladopodobny. Ogórków nie łączy się z pomidorami. Zrobiłabym to lepiej.

Niestety,z większością musiałem się zgodzić. Kiedy we mnie duch podupadał, Andrzejek przeżuwał niezmordowanie, gapiąc się beznamiętnie w przestrzeń.

– Idź mi zrób herbaty – rzuca nadąsana Weronika, odkładając moje starannie wybrane sztućce.

– Chyba musisz się zbierać. Tak w ogóle – oznajmia nagle mój współlokator i zamieramy.

– Ty chamie – warczy dziewczyna, szerokim gestem zabiera torebkę i już jej nie ma. Ja milczę, podsumowując w głowie dzisiejsze wydatki. Proszę, za dzisiejszą kolację zapłaciłem półtora koła. Równie dobrze mógłbym je podpalić, na co właściwie wyszło. No wyśmienicie. Andrzejek bez słowa podnosi pozostałości jedzenia, wywala wszystko do śmieci, na umytą patelnię wrzuca wczorajszą pizzę i mówi.

– Nie martw się.

– Ja? Ty przed chwilą zerwałeś z dziewczyną. Tak sądzę – odpowiadam.

– Naruszała moją suwerenność – odpowiada krótko A.

Więc z powrotem nie gotujemy, patelnia służy do odgrzewania pizzy i gotowania parówek (wpadlibyście na to?) a dwa talerze już zdążyły się zbić. Mamy za to więcej miejsca w lodówce na piwo.


Zobacz podobne wpisy

Dla Młodych

Dla studentów

Oferty Pracy

Porady

Recenzje

Wydarzenia

Z pamiętnika