Święta, święta… I po świętach.

Powroty bywają ciężkie, prawda?

Poniedziałek

7:29

Budzi mnie odgłos pilarki Stihl, model Córka 2018. Powieka unosi się ze słyszalnym wręcz trzeszczeniem piaskownicy jaka się pod spodem znajduje. Chociaż może to Wieliczka? Dobra, unoszę jedną, kontrolnie. Opada mimowolnie a świat staje się miękki i ciepły.

7:31

Po czwartym kopniaku pod żebra i jednym w podbródek stopą w rozmiarze 20 (nie w kij dmuchał!), oraz narastającą frekwencją dźwięku daję za wygraną.

7:34

Próba wyłączenia pilarki zakończona niepowodzeniem. Wrzucam ją między zabawki. Nagle…Cisza! Ale ona nie jest na zawsze! Muszę się streszczać.

7:35’23”

Wskakuję do wanny. Zdaję się szczelnie ją wypełniać a mnie zdają się szczelnie wypełniać pochłonięte wczoraj pierogi teściowej. Przynajmniej mam dużą wyporność, co pozwala mi się czuć nieco bezpieczniej… Zastanawiam się, czy zmieszczę się jeszcze w jakiś fartuch po tym całym szaleństwie?

7:42’18”

Zbiegam na dół. W wojnie na sierść i życie  brak ofiar śmiertelnych. Choinka za to wygląda, jakby zaraz miała zemdleć. Wcale jej się nie dziwię, sam się tak czuję. Zastanawiam się przez chwile, kto wygląda gorzej. Ona, czy ja?

7:54’51”

Akcja „kasza”, podejście pierwsze i od razu połowiczny sukces. Połowa kaszy na mnie, połowa zgodnie z destynacją.

8:01’38”

Wstawiam wodę na szybką kawę. Sypię dwie czubate łyżki brunatnego gruzu do ulubionego kubka. Każda komórka mojego ciała błaga mnie, żebym nie otwierał lodówki. Poświąteczny jadłowstręt. Standard – no ale do pracy wziąć coś trzeba. Uchylam lekko drzwi przytrzymując wypadający stos różnych pyszności. Tia, pyszności… Chwytam dwa jogurty naturalne. Powinny dziś wystarczyć.

8:12’41”

Czas na kawę. Byłby, gdybym nie zapomniał zalać. W dupie z tym, wypiję w pracy toż to się nie zdąży nawet zaparzyć!

8:15’16”

Wypadam z domu. Wiatr skutecznie utrudnia mi dotarcie do auta. Trzeba skrobać, bo zmarznięte. Klasyka gatunku. Zęby stukają mi z zimna w rytm „Jingle bells” a wczorajszy bigos odbija mi się czkawką.

8:29’24”

Nareszcie w aucie! Zęby teraz podzwaniają w rytm marsza imperialnego z Gwiezdnych Wojen. Ogrzewanie na full i mięśnie zaczynają się rozluźniać. A zaszaleję! Włączam podgrzewanie siedzenia, jest już całkiem przyjemnie.

Było, bo właśnie przypomniałem sobie, że jadę, o zgrozo, do pracy.  Ja naprawdę lubię te robotę, ale nie dziś! Pośladki spinają się z powrotem.

8:41

Wpadam jak huragan do poczekalni, potykając się o próg. Powoduje to upadek jogurtu i jego eksplozję o średnicy prawie pół metra. Holy shit! Dobiegam do socjalnego, wstawiam wodę na kawę. HA! Tym razem się uda.  Po ogarnięciu pierdzielnika w holu, moje ciało szczelnie wypełnia fartuszek. Magia świąt.

8:42

Szybki jogurt. To sobie pojadłem! Data ważności 17 listopada…

8:43’12”

Zalewam kawę, hura! Chociaż tyle!

8:43’13”

Otwierają się drzwi. „Dzień dobry!”

Jezu.

8:43’14”

Chce mi się krzyczeć…

„Dzień dobry! Zapraszam! Widzę, że udało się dziś Panu trochę wcześniej”.

Dramat. I niosę tę kawę do gabinetu, niech mi chociaż popachnie! I tak wypiję ją zimną wypełnioną kożuchem z fruwających bakterii.

8:43’20”

Zaglądam do gabinetu, stanowisko przygotowane do endo. Dwie godziny na tyłku… Z łezką w oku odstawiam mocno gorący jeszcze kubek na biurko… Desperacko dmucham na napój, kiedy pacjent mości się na fotelu. Chociaż łyczunia! Z poparzonym językiem i gruzem między zębami uśmiecham się do pacjenta. Może nie będzie tak źle?

8:44’15”

Zaglądam w grafik. Będzie.

W radiowej Trójce leci nowa piosenka Pidżamy Porno.

„Ratunku, ratunku… Pomocy, pomocy…”.

A jak tam Wasze powroty po świętach?

Adam Zyśk
Grafika do wpisu pochodzi z pixabay.