Moje amulety: kilka przypadkowych kartek

Właściwie to niedo końca wiem po co je noszę.

Często jednak sprawdzam czy nie zginęły.

Musicie wiedzieć, że jestem bardzo oldschoolowym typem człowieka. Prowadzę kalendarz. Papierowy. Z ciężką, solidną okładką, wykonany na zlecenie jakiejś przypadkowej firmy budowlanej. Średni to chyba pomysł na promocję, skoro nie umiem  wyłuskać z pamięci nazwy sponsora, ale…

Na końcu mojego kalendarza, wciśnięte w ostatnie strony, rozgościło się na dobre kilka przypadkowych kartek. A przynajmniej taki mi się wydaje, że znalazły się tu losowo. Za każdym razem żal mi je wyrzucić, a z czasem zaczęłam sprawdzać czy na pewno są na swoim miejscu. Kiedy na nie patrzę i dotykam ich opuszkami palców, czuje się tak jakby świat nagle stał się dużo lepszym miejscem. Nie trochę, a dużo.

Jest zatem rysunek mnie samej, wykonany przez uroczą, małą pacjentkę. To historia wspaniałej współpracy i zaufania na jednej kartce. Rysunek jest już sfatygowany, wymięty i powycierany, ale mam wrażenie, że kiedy go noszę, jestem bardziej sobą. Pamietam, kiedy go dostałam. W gardle urosła mi wtedy wielka gula ze wzruszenia, bo oto na papierze ja, w różowych, roboczych gaciach, łypię niebieskimi oczyskami  z pod strzechy włosów. Tak właśnie wyglądam. Żeby nie było wątpliwości, mama pacjentki własnoręcznie go podpisała. To jest po prostu niekończąca się słodycz. Mam wrażenie, że ten rysunek pozwala stanąć mi na wysokości zadania w pracy z dziećmi, jakby mówił: „Pamiętasz? Potrafisz. Postaraj się, no dalej!”.

Jest też mapa ośrodka wczasowego na Mazurach w samym środku głuszy. Domek tuż nad brzegiem jeziora o kryształowo czystej wodzie, zakreślony z czułością długopisem. Parafrazując Stare Dobre Małżeństwo:

 „Brnęłam do ciebie lipcu,
Przez mrozy i biele
Przez śnieżyce i zaspy
I lute zawieje
Przez bezbarwne szpitalne
Korytarze stycznia
W tych korytarzach słońce
Gasło ustawicznie”

Myśl o tym wyjeździe trzymała mnie przy zdrowych zmysłach w czasie izolacji, kwarantanny, kiedy byłam zamknięta w domu w zaawansowanej ciąży z dwójką dzieci.

Jeśli miałabym powiedzieć jakiemu miejscu sprzedałam serce już dawno temu (bo prawie 30 lat temu), byłyby to właśnie Mazury. Nieodmiennie najpiękniejsze w Polsce. Nic nie pachnie tak cudownie, jak wiatr wiejący od strony jeziora i lasu. Zatem jeśli macie miejsce w gabinecie na Mazurach i dodatkowo propozycje pracy dla inżyniera budownictwa dodatkowo, nastawiam uszy. Walizki spakuje w 12 godzin. Tak maksymalnie.

W moim kalendarzu na dobre zagościł też program kursu stomatologicznego, na który kiedyś pojadę. Oj tak. Kiedyś czyli mniej więcej wtedy, kiedy moja córka uzna, że matka do życia nie jest koniecznie potrzebna, a świat kończy się trochę dalej niż na cycku. Ten program to chyba taka trochę przypominajka. Że w głowie oprócz nieśmiertelnej listy zakupów: „Mleko, chleb, jabłka, pieluchy” mam coś tam jeszcze. Że coś jeszcze potrafię. Że ambicje można na chwile odsunąć na bok i nie znaczy to od razu, że umarły tam z głodu.

Na pierwszej pustej stronie kalendarza jest cytat, który odręcznie przepisuje do każdego nowego kalendarza od dziesięciu lat.

„Dom jest zawsze tam, gdzie postanowimy zostać. Gdzie postanowimy walczyć o to, co ważne. Można mieć wiele domów, jeśli ma się odwagę wstać i nazwać je domem”.

Zgaduje, że te kilka słów jest dla mnie ważne.

Nie wiem po co noszę przy sobie te amulety. Ale wiem, że gdybym je straciła, byłoby mi chyba przykro.

Antoine de Saint-Exupéry napisał kiedyś:

Diament ma wartość, kiedy go wydobywasz, kiedy go sprzedajesz, kiedy go ofiarowujesz, kiedy go tracisz, kiedy go odzyskujesz, kiedy zdobi czoło w dniu święta. Nie znam wartości zwykłego diamentu. Bowiem diament dnia powszedniego jest zwyczajnym kamieniem.

Z tymi kilkoma kartkami jest jakoś tak podobnie. Wiem, że wielu z Was też ma jakieś swoje „przypadkowe rzeczy”, swoje amulety. Rysunki małych pacjentów, podziękowania, pamiątki.

Macie je, prawda?

Monika Żbikowska