O czym lekarz ci nie powie

…czyli garść rozważań na temat popularności medycyny alternatywnej ?

Dzisiaj mam dla Was samo gęste – ukryte terapie, lekarze-oszuści i lewoskrętni zbawcy polskiej medycyny.

Nasi Czytelnicy ze środowiska medycznego zapewne spotkali się już z różnymi teoriami snutymi przez osoby takie jak Jerzy Z. (akurat parę dni temu skazany za zniesławienie grupy lekarzy – oczywiście od wyroku się odwołał) czy znana reprezentantka Polski w Eurowizji. Cóż, jest też wielu innych.

“Ale jakimi teoriami?” – zapyta ta część naszych Odbiorców, która nie zaprząta sobie głowy tym tematem. Dożylne wlewy z witaminy C, fałszywa plandemia, autyzm poszczepienny, mówi to coś panu, panie Ferdku?

Nie będę dzisiaj rozwodzić się nad sensownością (?) tych teorii. Bardzo sensownie obala je chociażby Defoliator. My z pewnością jeszcze kiedyś się nad nimi pochylimy – bo niestety i stomatologia nie jest nauką wolną od samozwańczych ekspertów przekonujących, że fluorowane pasty zabijają a leczenie kanałowe powoduje nowotwory.

Dzisiaj skupimy się na tym, co kieruje osobami porzucającymi medycynę opartą na dowodach na rzecz “niekonwencjonalnych” metod leczenia.

Ustalmy na sam początek jedno: tacy ludzie wcale nie muszą być “naiwni” czy “głupi”. Choroba to paskudna sprawa. Serio. Uwierzcie, że całą zgrozę nowotworu poznałem dopiero na studiach. Wizyta na oddziale onkologii dziecięcej czy zmienianie opatrunków człowiekowi, który przez raka stracił połowę twarzy… Żadne zdjęcia, filmy czy podręczniki nie są w stanie oddać tego stanu.

I pewnie – wkurzają mnie zwykli pacjenci, którzy wierzą w to, co owi “szamani XXI wieku” gdaczą. Bo to utrudnia robotę. Tyle, że na dnie serduszka dla nich jeszcze mam nieco zrozumienia. Desperacja potrafi popchnąć ludzi w rejony, w które normalnie ich psychika się nie zapuszcza (nie wchodzę tu w słabą edukację zdrowotną społeczeństwa w Polsce – bo to kolejny element problemu).

Rezerwy mojego “świętego gniewu” kieruję bardziej w stronę osób, które wciskają im strukturyzatory wody czy lewoskrętną witaminę C za grube pieniądze. To nic innego jak żerowanie na czyimś nieszczęściu.

Co jednak sprawia, że tacy ludzie w ogóle mają posłuch? Dlaczego mimo wszystko cieszą się popularnością? Powodów widzę kilka – ale napisanie pełnego artykułu na ten temat zaowocowałoby ścianą tekstu (hej, jeśli czyta to jakiś poważny wydawca to tutaj jestem, rzuć we mnie pieniędzmi!). Dlatego też zarzucę tym, który uważam za jeden z najważniejszych.

Moi drodzy. Charyzma to jedno. Ale jest coś, co często-gęsto znachor pacjentowi dać może, a nie zrobi tego lekarz.

Pewność.

Będąc młodym studentem usłyszałem kiedyś, że błędem jest powiedzenie pacjentowi zdania w stylu “ten zabieg na 100% się uda”. Im bardziej brnę w stomatologię (i ogólnie – medycynę), tym większy widzę sens w tych słowach.

Nie ma zabiegów wolnych od powikłań. Jest za to masa pacjentów dotkniętych rozmaitymi obciążeniami. Dodajmy do tego ogromną zmienność, czasem nawet pomiędzy z pozoru podobnymi pacjentami. A kwestia tego, że samo zachowanie leczonej osoby może mieć wpływ na przebieg kuracji? I nie mówię nawet o tym, że jeden pacjent może dostać pięć różnych planów leczenia od pięciu różnych lekarzy. A co „gorsze” – wszystkie z nich mogą być dobrymi planami.

Jednym słowem – żyjemy w rzeczywistości, w której nic nie jest pewne, a wszystko jest obarczone ryzykiem. Mniejszym lub większym. I dlatego właśnie, drodzy pacjenci, to, że lekarz nie powie Wam, że nie ma 100% szansy na wyleczenie nie świadczy o tym, że medycyna, jaką uprawiamy stoi nisko. I że gdzieś na granicy światła rzucanego przez kaganek uniwersyteckiej wiedzy czai się stłamszona, mistyczna, zagoniona w kąt, lecz wciąż potężna medycyna alternatywna.

Jasne. Totalnie rozumiem, że trafienie na znachora operującego pewnością siebie tak zręcznie, jak i dobrymi, pełnymi słowami potrafi być krzepiące. Szczególnie jeśli widzisz zatroskane i bezradne spojrzenie lekarza. Nie mogącego dać Ci jakiejkolwiek gwarancji, że uda się zwalczyć chorobę. Lub przeciwnie – trafiasz na doktora, który, hm, dyplomatycznie powiem: nie jest orłem w kontakcie z pacjentem i po rozmowie z nim masz ochotę wysłać do diabła tych wszystkich medyków. Lub kogoś, kto popełni błąd w leczeniu.

Pacjencie!

Sytuacja jest tutaj nieco paradoksalna. Pamiętaj, że to, że często nie jesteśmy w stanie dać stuprocentowej gwarancji udanego leczenia świadczy wręcz o tym, że się staramy i traktujemy Cię poważnie.

Powiem więcej: na tyle poważnie, że nie obiecamy Ci gruszek na wierzbie. Znajdą się jednak i tacy, którzy nie będą mieli przed tym oporów. W okrągłych, pełnych słowach zapewnią Cię, że ta starożytna metoda opracowana przez buddyjskich a oni sami są zaszczuci przez zepsute środowisko lekarskie. I po prostu Cię wykorzystają. A zaręczam, że nie czerpią wiedzy z badań ani podręczników.

I tak, nas, medyków, dupa boli jak to widzimy. Poświęcamy na zdobycie zawodu lata, potem kształcimy się dalej całe życie. I co? Ja biorę te 150 zł za wypełnienie zęba, a jakaś z Bożej łaski „terapeutka” tysiąc złotych za KONSULTACJĘ HOMEOPATYCZNĄ? (Tak, to prawdziwy przypadek!) I jeszcze do tego potem to my musimy tłumaczyć, że dożylny wlew z wody utlenionej to nie najlepszy pomysł, a fluor nie jest masońskim narzędziem zagłady.

No do cholery jasnej, człowieka krew zalewa, ja tu się staram, uczę, śpiewam, czytam, recytuję, a tymczasem trochę dobrej gadki i porzucenie etyki lekarskiej i co, świat wielkiej finansjery stoi otworem.

Co sądzicie na ten temat? Dziś dotknęliśmy zaledwie wierzchołka góry lodowej – bo temat spokojnie nadałby się na jakiś doktorat z psychologii. Dlatego też jestem ciekaw Waszych opinii w tym temacie. Zetknęliście się z takimi przypadkami w rodzinie? A może macie tego typu pacjentów? Podzielcie się z nami Waszymi historiami.

Karol Pajdak