Jeśli myślisz, że stomatologia dziecięca jest pozbawiona sensu, to się grubo mylisz.
Jest poniedziałek. Ciężkie, duszne powietrze zwiastuje nadchodzącą burzę. Bezlitośnie goni mnie czas.
Wiecie jaki jest niepodważalny plus pandemii? Jesteśmy tak poubierani w gabinecie, że właściwie nie bardzo widać twarz. W związku z czym z domu wychodzę bez makijażu, z mokrymi włosami i w dresie. Z czystym sumieniem i nie spóźniona. Bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście.
Kiedy macham przez okno w przedszkolu, wychowawczyni mojego syna mówi:
– Nie poznałam pani, myślałam, że to jakaś dziewczynka.
No, myślę, grubo. Skoro mylą mnie już w przedszkolu, dobiłam dna.
W drodze do gabinetu dzwonię do fryzjera. Zarzekam się, że tym razem się będę postarzać. Jenifer Aniston z siebie zrobię. Chwilę później przypominam sobie, że kiedy ostatnio chciałam się postarzyć, skończyłam z rudymi włosami i fryzurą osiemdziesięciolatki, którą na lakier uklepała mi fryzjerka.
Jednak spóźniona wpadam do poczekalni.
Siedząca tam dziewczynka zrywa się z krzesła i woła zachwycona:
– Mamo, moja DENTYSTA!
Serce mi rośnie!
– Moja DENTYSTA! Dzisiaj malujemy kotka i Kropkę!
Dzielna! Ostatnio płakała przy malowaniu zębów, ale dzisiaj jaka szczęśliwa!
Stomatologia dziecięca jest specyficzna. Czasami dziecko na fotelu to wypadkowa zmęczenia po przedszkolu, pustego brzucha, niewyspania, przebodźcowania i najzwyklejszego stresu. Czasem płacze, bo po prostu w nim to wszystko pęka, choć przy lapisowaniu emocje jak na grzybach.
Czasem po prostu pęka i trzeba to zwyczajnie uszanować.
I zagryźć zęby, bo przecież jest też przecież Twoje zmęczenie, frustracja, głód i rezygnacja.
Moja DENTYSTA. Przez moment rozpiera mnie autentyczna duma.
Druga pacjentka wpada jak bomba i od progu krzyczy, że dzisiaj malujemy Marshala. Tego z Psiego Patrolu, nie z How I Met Your Mother. Przez kolejne kilka minut dyskutujemy zażarcie o wszystkich pieskach i o tym, że każdy jest inny. Dziewczynka kipi entuzjazmem, jej szeroko otwarte oczy śmieją się do każdego.
Dla następnej Młodej Damy jestem Panią Pampisiową. Tak, dobrze słyszycie. Znam Pampisia, ma się te znajomości. Nie wiecie kim jest Pampiś? No błagam. Bohaterem apki, zachęcającej dzieciaki do mycia zębów. Pani Pampisiowa, to ja.
Kolejna pacjentka jest wyjątkowa. Wyjątkowa dla mnie. Po pierwszej, udanej wizycie adaptacyjnej, jej mama mówi mi cicho, że ostatnio odwiedzili siedmiu dentystów i u żadnego nie chciała otworzyć buzi.
Myślę sobie, że w sumie lepiej, że nie wiedziałam wcześniej. Na pewno macie takich pacjentów. Czujecie z daleka tą odpowiedzialność. I poczucie, że zrobicie naprawdę dużo, żeby nie zawieść tego małego człowieka.
Ale dziś jest wielki dzień. Leczymy pierwszego zęba. Jest słoń, jest prysznic dla zęba, jest klej i magiczna lampka, przy której trzeba zamykać oczy. Zakładamy niebieskie wypełnienie, takie na wypasie. Dziewczynka jest bohaterem i potem nawet w lusterku ogląda co robimy w zębach.
Jeśli myślisz sobie, że stomatologia dziecięca nie ma sensu, to jesteście w błędzie. Jeśli uważasz, że bajerowanie dzieci, odpowiednie podejście i wysiłek włożony w dobra relacje to krew w piach, to jesteś w błędzie.
Jeśli odpowiednio to rozegrasz, dla jakiegoś małego człowieka zmieniasz kawałek świata. Tej jednej rzeczy nie musi się już bać, ani jako dziecko, ani jako dorosły. Fajnie by było, gdyby następne pokolenie dentofobię znało już tylko z książek.
Zdarzają się dzieci, których nie da się leczyć na fotelu. To jest skomplikowana kwestia, do granic przesycona psychologią. Czasami trzeba się poddać, ale wcześniej warto próbować.
Rodzicu, pamiętaj. Mleczne zęby leczysz też po to, żeby stałe były zdrowe.
