Kto ma pilot, ten ma władzę

Ufff jak gorrąco… Puff jak gorrąco…

Otwieram drzwi gabinetu. Uderza mnie fala gorącego powietrza. Kurła, jak tu pracować?

Przynajmniej kawka nie stygnie tak szybko… Jak by to miało jakieś znaczenie. I tak wypiję ją zimną i zapewne pełną przepysznych streptokoków buchających ze sprayu wodnego turbiny rozsiewanego po całym pomieszczeniu. Zza okna wlewa się strumieniami złote światło filtrowane jeszcze niezżartymi przez szkodniki liśćmi kasztanowca. Gorzej już będzie tylko na jesieni, kiedy wszystkie opadną. Taka nasza mała szklarenka. Szkoda, że nie hodujemy pomidorów, mógłby być niezły zarobek.

Biały, prostokątny, element pożądania. Pilot.

Kto ma pilot, ten ma władzę. Dużym czerwonym przyciskiem włączam chiński klimatyzator, który odpowiada mi radosnym (a może smutnym) piknięciem. On już wie, że będzie zasuwał cały dzień.

Skala jest dość wąska. 23 stopnie = piekło. 20 = Grenlandia. Klimatyzacja po chińsku, ot co!

Ustawiam na 22, żeby nie było. Ale co ja się przy tym nasłucham dzień cały!

Pierwsze podejście robi Aneczka, moja ulubiona asystentka. O pardon. Higienistka. Kiedy jestem przy pacjencie przechodzi, niby to rozmawiając przez telefon, niby wpisując kogoś w kalendarz i jednocześnie kamufluje smutnawe piknięcie klimatyzatora pomiędzy miarowym pikaniem endometru. Endometr robili Japończycy, niedaleko pada jabłko od Japonii więc i pikanko zbliżone. Ale żeby to wyczaić trzeba być urodzoną Kurpianką!

Ja, niczego nieświadomy, zapatrzony w szkiełka mikroskopu, dłubanko, bryza podchlorynu, te sprawy. WTEM! Krople potu występują mi na czoło. Okular zachodzi mgłą. No toż to 23 stopnie!

Rękawiczki na dłoniach, pilot na biurku, co robić? Za drzwiami słyszę tylko szczękanie zębów asystentki, która opuściła mój łez padół, bo najpewniej zmarzła. (Nie mylić, ze zmarła. Do hipotermii jeszcze daleko!)

Dobra, chwila przerwy. Zdejmuję rękawiczki, myję rączki, wiecie kulturka… I CYK na 22! Ha! Pilocik już w kieszeni. Rąsie, rękawiczki… Ech, żeby na mokre łapki tak łatwo wchodziły…

Zadowlony z siebie w ferworze walki nie zauważam nawet nadejścia Agnieszki, mojej drugiej ulubionej higienistki. Wyrasta spod ziemi gdzieś za moimi plecami i wprawnym ruchem godnym kieszonkowca wyjmuje mi pilot z kieszeni. CYK! Do przerwy 2:1! A raczej 23. Chińskie 23 w mordę jeża! Płonę. A ona ewakuuje się, w celu przeczekania warunków niezdatnych do bytowania. ZNOWU!

Koniec, chwila przerwy, dezynfekcja, dekontaminacja. Zanim asystentki założą kurtki zimowe i przyjdą odkażać teren, odzyskuję oręż i PYK! 2:2. Nie dam się tym razem tak łatwo podejść. Chowam sterownik do szufladki i zamykam na kluczyk w kartotece. Wojna podjazdowa.

Kiedy z dziką satysfakcją popijam kawkę w socjalu uświadamiam sobie nagle, że popełniłem uczniowski błąd! W gabinecie jest schowany zapasowy kluczyk do kartoteki! Kiedy się połapałem, było za późno. Klimatyzator jest wyłączony.

Ale jestem wyrozumiały. Wiem, że w sterylizatorni, gdzie również pracują dziewczyny, jest klimat przypominający raczej deszczowe lasy tropikalne i to podczas pożaru… Więc chińskie 22 prawodpodobnie może zabić!

Poza tym mam wobec dziewczyn ogromny dług wdzięczności, który będe spłacał do końca życia! Nigdy im tego nie zapomnę!

Dobrze pamiętam jak pewnego lata Luis Fonsi „piłował ryja” z głośników średnio milion razy dziennie. A one, słysząc pierwsze dźwięki, tę znienawidzoną przeze mnie gitarkę, przybiegały  „na CITO” zmienić stację, zanim Luis zdążył wysylabizować DE… SPA… CITO….

Jak tu ich nie kochać?

Adam Zyśk
Grafika do wpisu pochodzi z Freepik.com