Pamiętniki znalezione w wannie. Dzieje kwarantanny

10.04.2020, T.

Promienie słońca wpadają do pokoju przez ubrudzone szyby. Smugi czegoś tłustego, roztartego na gładkiej tafli szkła, nadają światłu niespotykaną miękkość. W zadumie przyglądam się drobinom kurzu, wirującym w powietrzu. Przenoszę spojrzenie na strony otwartej książki Lema. Na papierze rozsmarowany jest pomarańczowy sos, podejrzanie przypominający wczorajsze spaghetti.

„Kiedy wszyscy są wariatami, nikt nie jest wariatem”

Czytam to zdanie samymi wargami.

Słyszę, jak mój współlokator zrywa się w sąsiednim pokoju i raźnym krokiem kieruje  do kuchni.

Po chwili namysłu, podnoszę się i idę w jego ślady.

Po uchyleniu drzwi od pokoju zderzam się z namacalną ścianą smrodu, prawdziwą kakafonią odrażających, organicznych zapachów. Podejrzewam, że epicentrum tego zjawiska stanowi A. w całej swojej skromnej osobie. Albo niewyrzucane już trzeci dzień śmieci. Wkraczam do kuchni, która wygląda jakby ktoś w niej zwymiotował. Nic podobnego.

Andrzejek ubrany jest jedynie w krótkie spodenki z motywem palm i leżaków.

Jego podkrążone oczy świadczą o tym, że od jakiegoś czasu stopniowo i z sukcesem deprogramuje swój zegar biologiczny. Myślę, też, że nie golił się od blisko pięciu tygodni, czego najlepszym dowodem jest jasnoruda broda, pokrywająca jego szczere, słowiańskie oblicze. Do kilku włosów ma przyklejone serowe Cheetosy.

– He – na mój widok wydaje z niebie nieartykułowany pomruk, świadczący o zadowoleniu. Przynajmniej taką mam nadzieję.

– Chcesz zjeść obiad? – pyta mnie, z zapałem grzebiąc w lodówce. Po wyciągnięciu pustej butelki keczupu, siedmiu słoików z resztką musztardy i nadgniłego selera naciowego, oznajmia jednak ze zmarszczonymi brwiami.

– Nie ma. Nie ma jedzenia.

Bez entuzjazmu rozglądam się po kuchni, zawalonej starymi pudełkami po pizzy, pustymi paczkami po chipsach i butelkach po Coli.

– Możemy założyć sobie wkłucie i podać glukozę– oznajmia Andrzejek. W jego szeroko otwartych oczach dostrzegam cień szaleństwa.

– Albo – odpowiadam ostrożnie – Pójść do marketu na zakupy. Tylko zróbmy wcześniej listę.

A. z pełnym skupieniem skrobie się po nieumytej głowie. Staram się usilnie skierować spojrzenie gdzie indziej.

– Dobrze.

Po pół godzinie intensywnej burzy mózgów, kilku SMSach do naszej współlokatorki oraz inspekcji pozostałych szafek w kuchni, udało nam się skomponować listę.

Przyglądam się krytycznie ledwo czytelnym zapiskom i przez moment rozważam zmniejszenie ilości chipsów na korzyść ryżu i makaronu, ale przypominam sobie, że jedną z pierwszych zasad prepersów jest zaopatrzenie się w takie produkty, które faktycznie się lubi i często jada. A zatem wszystko w porządku. Z podobnej przyczyny na liście ląduje piwo, pomidorowe zupki chińskie oraz parówki. Czegoś jeszcze brakowało. A tak, ziemniaki.

– Teraz lepiej, mamy wszystko – kwituję ostatnia pozycję, przechylając głowę.

W sklepie jest tylko kilka osób. Już po chwili orientujemy się, że analiza naszych potrzeb zawiera znaczące braki. Otóż  pozostali ludzie maja koszyki pełne jabłek, cebuli, całych kurczaków, makaronu i konserw. Po chwili namysłu decydujemy się skopiować te, niechybnie, cenne pomysły.

Po powrocie do domu okazuje się, że owszem, kupiliśmy sześć kurczaków, ale w zamrażarce jest miejsce na jednego Na szczęście, przytomnie zakupiliśmy również kilka paczek przyprawy do drobiu. Kupiliśmy też skrzynkę jabłek, ale nie mamy ich gdzie trzymać. Kolejnym trafionym zakupem jest osiem paczek paluszków rybnych. Nie muszę wspominać, że zamrażarka pęka już w szwach. Ukoronowaniem, prawdziwą perłą naszych dzisiejszych starań, są trzy mega opakowania lodów pistacjowych, które kupowali wszyscy, więc i my. Prawdopodobnie były w promocji z powodu krótkiej daty ważności.

A zatem w dzisiejszym menu jest piekarnik kurczaków, miednica lodów oraz wiadro makaronu z truskawkami (musieliśmy rozmrozić truskawki, żeby zrobić miejsce na paluszki rybne).

Kosztowało nas to dużo czasu, potu i gorzkiej modlitwy, przeplatanej z jobami.

Brodzimy teraz po pas w cuchnących krwią foliach po kurczakach, woreczkach po truskawkach i lodzie, który wypadł z paczek ryb. Zapomnieliśmy też wyrzucić stare śmieci.

Myślę, że prokuratura zapuka do nas najpóźniej jutro.

Sąsiedzi na pewno są przekonani, że w tym mieszkaniu ktoś zmarł już jakieś dwa tygodnie temu.

11.04.2020, karol

Rękopis znaleziony w stosie rolek papieru toaletowego


Kwiecień (?), data bliżej nieokreślona.


Od czasu mojego zamknięcia upłynęła nieznana mi liczba dni.
Szczenięciem będąc zdarzało mi się wysłuchiwać historii o żeglarzach, którzy w trakcie spokojnego rejsu na trasie Providence-Nowa Anglia tracili poczucie czasu, a nawet, zdaje się, mieli wrażenie przebywania w innym świecie. Opowieści te dla brzdąca są zgoła fascynujące, lecz natura człowieka pozostaje niezmienna: doświadczenia nie da się porównać z zasłyszaną anegdotą.

Los, jaki stał się udział nas wszystkich jawi się w daleko posępniejszych barwach. Monotonia, izolacja i jednostajność, a z czasem coraz obojętniejszy stosunek do realiów mają, być może, coś wspólnego z długim rejsem.

Problemem, który je różnicuje z tym, co dzieje się teraz pozostaje duchota zamkniętej przestrzeni. Owszem, nie narzekam, mogę jej zaznać trochę w ten czy inny sposób, mam jednak wciąż na uwadze, że z wieloma z moich kompanów los nie obszedł się równie łaskawie. Nic to – nie miałem wpływu ani na fatum, jakie ich spotkało, ani na moje własne. Tak jak nie mam go na sztorm targający kartonowymi murami okolicznych krain.

Okres izolacji spędzam więc spoglądając z okien mojego domu i okazjonalnie, raz po raz, cytując pewnego znanego dżentelmena: „Wszystko zmierza ku katastrofie i upadkowi. Jestem zaciekawiony, przygotowany i zadowolony”.

12.04.2020, Magda

Kontempluje pół dnia, jak zrobić ten idealny babciny żurek, i te jajka faszerowane i czy wszystko na sałatkę mamy- czuje się jakbym planowała przynajmniej jakąś taktyczną inwazję na kuchnie, a nie Święta na dwuosobową rodzinę z psem. I tak tęskno, nie wiadomo czy bardziej za polskim domem czy za codziennymi wyzwaniami w gabinecie 🤷🏼‍♀️🥚

13.04.2020, milena

Dzień zaczęłam po 5 rano żeby spokojnie pracować. Jestem przyzwyczajona do porannej ciszy, gdy jeszcze sąsiedzi nie jadą do pracy, a rodzice prowadzą dzieciaki do przedszkola. Wtedy pracuje mi się najlepiej. Teraz jest inaczej… ta cisza trwa większość dnia. Czasami łapię się na tym, że to dziwne, ale człowiek szybko się przyzwyczaja. Dziś do bardziej interesujących w obecnym czasie działań zaliczę: spacer do paczkomatu, upieczenie ciasta i obejrzenie kolejnego odcinka „Domu z papieru”. Robiłam też inne fajne rzeczy – ale kto mnie zrozumie – osobę, która wstaje o 5 rano bo chce 😅

14.04.2020, leszek

 Kolejny dzień reszty mojego życia…

Wstaję rano (dzień wcześniej nastawiam budzik, oszukując się, że mam coś ważnego do zrobienia).
Przeglądam fejsa.  Sprawdzam co znajomi i nieznajomi dodali przez noc
Myję się i zakładam „normalne” ubrania a nie domowe dresy. Kolejny, nieudolny zabieg, imitujący normalne życie.
Staram się zrobić cokolwiek produktywnego (w pierwszych dniach kwarantanny od razu pomyślałem: „Ileż rzeczy papierkowych/domowych odkładałem na później i że teraz będzie idealny czas to zrobić!).
Po kilku godzinach, podczas których zrobiłem może 1/3 z tego, co zaplanowałem. No przecież mam cały dzień w domu, co się będę spieszył.
Pijąc kolejną kawę mam myśli „po co dzisiaj mam coś więcej robić – jutro kolejny cały dzień w domu”. Nie ma dla mnie znaczenia weekend czy nie weekend i tak każdy dzień wygląda tak samo.
Wieczorem po „pracowitym” dniu odpalam kolejne odcinku jakiegoś serialu na Netflixie i kolejny raz sprawdzam co znajomi robią na fejsie.
W momencie, kiedy nie rozumiem co się dzieje na ekranie uznaję, że pora spać. Czy patrzę na zegarek?  Po co…?
I tak właśnie umiera wcześniejsze życie… Na pewno za jakiś czas wrócimy do „normalności’ ale to już będzie inny świat, inna rzeczywistość od tej którą znaliśmy. Może będzie lepsza, ale wolę się przygotować, że będzie gorzej i się miło zaskoczyć…
Jeden dzień z życia kwarantannowego pesymisty (przed kwarantanna był to straszny optymista… ).

15.04.2020, piotr

Pobudka o 9:00 zamiast 6:30. Dres zamiast fartucha. Newsy w tv zamiast Estomedu. Gołębie na balkonie zamiast pacjentów. Ziemia ogrodowa zamiast kompozytu. Webinar na kanapie zamiast szybkiego przeglądu Facebooka w socjalnym. Domowy obiad zamiast kanapki z Żabki. Stres związany z potencjalnym kontaktem z osobą zakażoną zamiast stresujących pacjentów. Popołudniowa drzemka zamiast pracy do 20:00. Karaoke z YouTuba zamiast wyjścia na miasto. A gdyby tak część tych “zamiast” zostawić w grafiku na stałe?

16.04.2020, grzesiek

Obłoki nad lądem spiętrzyły się teraz jak góry i ulice były już tylko długą, czarną linią, za którą widniały puste chodniki. Drzewa stały się białe, różowe, tak barwne, że prawie całkiem wiosenne. Kiedy na nie spojrzał, zobaczył na gałęziach rozsiane ptactwo i ciepłe światło rzucane przez słońce. I rad był, iż widzi te puste chodniki, bo oznaczało to, że ludzie siedzą na dupach. Ciepłe światło, które słońce, podniósłszy się wyżej, zapalało w trawach, wróżyło dobrą pogodę, podobnie jak kształt obłoków nad ulicami. Ale człowieka prawie nie było już widać i nic nie ukazywało się na ulicach, prócz jednej czy drugiej plamy żółtych i białych karetek. Obrócił się od okna, bo tęskno mu było do wyjść z domu. Z odbicia w lustrze spoglądał na niego nieogolony ryj, odliczający piąty tydzień kwarantanny.
SARS-CoV-2 – powiedział student. – Ty kurwo.

– Dorosły człowiek i (wyjść z domu nie) może [2020]

17.04.20, MONIKA

7:30 Pobudka.

8:30 Przygotowanie śniadania dla małolatów. Moje ambicje związane z gotowaniem obrazują się sinusoidalnie. Czasami porywam się na skomplikowane potrawy, a czasami uważam się za Matkę Roku, jeśli podam dzieciom trzy razy dziennie świeże owoce albo warzywa i tyle samo razy umyję im zęby. I nie krzyczę za dużo.

9:00 Rozgrywa się epicka bitwa o to, jaką koszulkę kto dziś założy. Okazuje się, że w grę wchodzi tylko spajdermenowa. Próbuję przekonać małolata, że niebieska jest spoko. Albo, że na szarej są fajne łódki.

9:10 Małolat protestuje i goły biega po mieszkaniu. Po chwili atakuje mnie i oznajmia mściwie:

– Dostaniesz w bęben za starą rybę.

Zastanawiam się czy dzieci powinny oglądać Asterixa i Obeliksa.

9:15 Znajduję piżamę spidermana na suszarce. Ubieram młodszego. Starszego ubieram w zielony strój Ninja. Wszyscy są szczęśliwi. Młodszy zdziela starszego pięścią. Dostaję przypomnienie od Grześka o webinarze, który zaraz się zacznie. Miło, że istnieją jeszcze ludzie, którzy są zorganizowani.

9:16 Pisze do mnie mama pacjenta, która jest zaniepokojona urazem wargi u jej rocznego dziecka. Pamiętam ich dobrze, bo na ostatniej wizycie pytali czy ich dziecko nie ma wady zgryzu. W tym samym czasie mój telefon intensywnie wibrował w czasie dyskusji zepsołu BMD o pacjencie, który wpuścił sobie do odbytu żywego chomika przez rurę od odkurzacza. Ciężko zapomnieć. Uspokajam mamę, oglądam zdjęcie krwawiącej wargi i przez przypadek wysyłam w odpowiedzi zdjęcie zabawek wrzuconych do kibla.

10:30 Bardzo poważnie proszę dzieci, żeby poszły się bawić ponieważ „mamusia próbuje się uczyć”. Używam wszystkich magicznych, mądrych słów: chciałabym, zależy mi, to ważne.

10:31 Dzieci nie chcą iść do swojego pokoju. Proponuję im nowa grę. Odpowiadają demonicznym rechotem, który niewątpliwie podszyty jest szyderą.

10:32 Dzieci nadal nie chcą iść do pokoju. Biegają z wrzaskiem wokół stołu w salonie, okładając się piankowymi mieczami.  Tymi samymi mieczami zaatakowali Leszka, kiedy pierwszy raz nas odwiedził. Słyszę co dziesiąte słowo wykładowczyni, która mów coś o rotacji żuchwy, wyciągach i chyba ekstruzji. Kiedy wydaje mi się, że potrafię złożyć to do kupy, jedno z dzieci wbiega w drzwi.

11:15 Webinar kończy się, a ja zdążyłam zobaczyć całe 7 slajdów.

W międzyczasie wydałam:

– 2 kanapki z szynką

– 3 szklanki wody

– płatki z mlekiem

– płatki bez mleka

– dwa jabłka

– niezliczoną ilość komend, wygłoszonych dzikim rykiem

Jedyne, czego nie wydałam, to psychotropów. Samej sobie.

11:30 W pośpiechu obieram warzywa na zupę. W mieszkaniu zapada podejrzana cisza. Pies wypełza z pod łóżka i, opanowując drżenie, kładzie się w plamie słońca na podłodze. Z nadzieją czekam na webinar, który zaczyna się o 12.00

12:10 Udało mi się obejrzeć dziesięć minut webinaru, ale cisza się przedłuża, zaglądam więc do pokoju dzieci. Oczom moim ukazuje się obraz klęski i zniszczenia. Klęski, bo zaledwie wczoraj wieczorem posprzątaliśmy wspólnie wszystkie zabawki, wytarliśmy kurze i odkurzyliśmy podłogę. Potem w błogiej harmonii budowaliśmy Statek Piracki, Dowodzony Przez Ninja. Teraz zaś zabawki ze wszystkich możliwych pojemników zostały wyrzucone na podłogę, podobnie część książek oraz WSZYSTKIE klocki Lego i Duplo. Tysiące plastikowych gówien, których trzeba szukać z lupą. Nie ma na podłodze miejsca nie pokrytego zabawkami. Podobny los spotkał pościel. Na łóżkach, nieco znudzeni, siedzą chłopcy. Jeden z nich przewraca się na plecy, kiedy wchodzę. Czuję, że niebezpiecznie zaczyna mi drgać lewa powieka.

12:15 To nic.

12:16 Nic to.

12:17 Wysyłam film z pokoju dzieci mojemu zespołowi. Chłopaki skrupulatnie robią screenshoty, żeby mieć pamiątkę utwierdzającą ich w przekonaniu, że nie chcą mieć potomstwa.

12:30 Biorę cztery wielkie worki na śmieci. Pakuje do nich zabawki, nie dzieci.

13:15 Dostałam maila z prośbą o uzupełnienie danych do statystyk do badań. W panice przeglądam tabelki. Zapomniałam dodać kilka kategorii. Zastanawiam się czy uda mi się wygospodarować godzinę, żeby to naprawić.

13:20 Dzwoni promotor. W międzyczasie moje dziecko wydziera się:

– Mamo, zrobiłem kupę, cały kibel jest brudny.

W słuchawce zapada nieco krępująca cisza.

13:30 Podaję zupę i Psi Patrol, więc zapada pół godziny błogiej ciszy. W międzyczasie wieszam na balkonie pranie i tęsknym wzrokiem gapię się na horyzont.

14:00 Dzieci bawią się w łazience. Zaglądam do tabelek. Zapada cisza.

14:05 Zaglądam do łazienki. Zdejmuje młodszego, który wdrapał się po grzejniku pod sam sufit, oraz starszego, który siedzi na umywalce, robiąc w niej zupę, składającą się z mydła, szczoteczek do zębów, swojego trainera oraz ludzików Lego.

14:15 Adam pyta jaki materiał na maseczki wybrałam, bo zaraz je uszyje.

14:16 Sąsiad pyta, czy chcę coś ze sklepu. „Eutanazol” – odpisuję, ale sąsiad ma jedno dziecko i nie rozumie dowcipu. Muszę go wyedukować.

15:00 Szybka narada na grupie BMD, aktualizujemy bazę webinarów.

15:30 Pisze do mnie znajoma, której pękła korona zęba.

15:45 Zaraz zacznie się kolejny webinar. Dzieci jeżdżą po domu plastikowym samochodem, rycząc i okładając krzesła mieczami.

15:46 Próbuję zainteresować dzieci pracą domową z przedszkola. Pytają mnie „Czy będę kamiennym robotem” oraz czy bawimy się w walkę.

16:00 Kolejny webinar mija niesłuchany, kiedy ja gotuję sos pomidorowy. Kiedy kończę, dzieci oznajmiają, że zjedzą sam makaron.

16:10 Wrzucam dzieci do wanny i biorę się za porządkowanie szuflady w łazience. Kiedy kończę, układem przypomina asystor w gabinecie.

16:45 Zastanawiam się ja nazywa się fioletowo-biały spray do chłodzenia, który stoi w gabinecie na blacie.

17:00 Próbuję czytać książkę : „Dziecko wysoko wrażliwe”, ale zastanawiam się czy nie lepiej napić się piwa. Albo czterech.

17:30 Dzieci wyciągnęły moją kosmetyczkę i pomalowały się „w ninja”. Wyglądają jak Dawid Bowie po zarwanej nocy, odnaleziony na izbie wytrzeźwień.

18:00 Próbuję napisać tekst na stronę, ale mam w głowie pustkę. Idę upiec ciasteczka. Dzieci w skupieniu bawią się klockami Lego.

19:00 Przeglądam raporty od zespołu i kolejne wiadomości od pacjentów. Kiedy czytam jak chłopaki z BMD sobie wzajemnie wrzucają, zjadam pół tabliczki czekolady.

19:10 Zbiorowo zastanawiamy się czy nie mamy choroby dwubiegunowej. Milena uspokaja nas, że teraz wielu ludzi ma zaburzenia psychiczne. Potem rozważamy grupową emigrację do Kanady.

19:15 Oglądamy zdjęcia psa Karola i świnek morskich Leszka

19:17 Odbywam rozmowę telefoniczną z MP, z której wynika, że na bieżąco przerabia z dziećmi materiał z przedszkola, prawie wcale nie oglądają bajek i są grzeczne. Zastanawiam się gdzie popełniłam karygodny błąd.

19:30 Na pocieszenie robię sobie makijaż wieczorowy pod kolor piżamy.

21:08 Nie oglądam serialu, nie przeglądam fejsa. Padam na twarz, ze świadomością, że jutro o siódmej obudzi mnie natarczywe dziubanie palcem.