Jak dojechać do pracy i nie zwariować?

Budzę się codziennie. Otwieram oczy. No, ku*wa, znowu do roboty…

Nie zrozumcie mnie źle – jako dentysta ja naprawdę lubię swoją pracę. Serio! To czego nienawidzę to d o j a z d y. Jako że jestem dumnym obywatelem wielotysięcznej aglomeracji miejskiej to na co dzień nie przemieszczam się z pomocą personalnego automobilu. Oj nie byczku, ja przemierzam przestronne przestwory betonowych dżungli w trzewiach wielkich, wiecznie głodnych krwi gapowiczów, metalowych czerwi – zwanych również dla niepoznaki tramwajami. Problemem jest już samo dotarcie na przystanek – jak wspominałem, wymaga ono przedarcia się przez błotny labirynt rozryty kołami i gąsienicami ciężkich maszyn. Taka tam, wiecie, rekonstrukcja wiosennej ofensywy na ostfroncie.

No ale! Kiedy już uda się dotrzeć na przystanek i, wzorem biblijnego Jonasza, dostać się do środka bestii (tutaj uważać trzeba, bowiem porankami czerw jest tak przeżarty, że może Was zwyczajnie wypluć przy próbie desantu na jego wnętrzności) napotykam kolejne zagrożenie. Nazwijcie ich jak chcecie – ja preferuję określenie “kultyści Ojca Nurgle’a” (kto ma wiedzieć ten wie!) Niektórzy mówią o nich, że nadeszli z tego takiego ciemnego miejsca, o które Simba pytał Mufasę w “Królu Lwie”. Inni – że wywodzą się z krainy, w której pieją zięby. Zapytani jednak o swoje pochodzenie odpowiadają, że biorą się z wolnego, niezależnego, samodzielnego, autonomicznego, rozsądnego i w ogóle najmądrzejszego m y ś l e n i a.

No tak.

Tak czy siak – kiedy już uda się jakoś tak ustawić w tramwajowym tłumie, aby być możliwie daleko od bezmaseczkowych roznosicieli plagi, można spokojnie zaznać chwili relaksu i zadumy nad wszechotaczającym gwarem. Na jakieś 10 minut. Po osiągnięciu przystanku docelowego pozostaje rozmówić się z wiecznie kamiennym ciałem miasta. Do tej pory cielsko bogini Ulicy obdarzało mnie swoją łaską i z reguły bezpiecznie prowadziło za rękę ku przeznaczeniu, ale wiecie jak to jest. Starzy Bogowie bywają kapryśni. Także lepiej z nimi grzecznie i z szacunkiem.

I co? I na co to wszystko?

Ano po to, żebym zjawił się w gabinecie punktualnie o ósmej i dowiedział się, że pacjent nie przyszedł na wizytę! No, ku*wa, znowu…!

Karol Pajdak