Godzina 7.45. Budzik dzwoni dziewiąty raz, czyniąc mi tę uprzejmość i kończąc Tyranię Nocy™. Zwlekam się z łóżka, klnąc na mój nawyk siedzenia do późnych godzin nocnych. Obsobaczam również chęć asystentów do robienia zajęć o tak zabójczej godzinie jak 8.00. Na koniec dostaje się również pacjentom, którzy mogliby dać mi się wyspać i nie chorować zamiast od bladego świtu szturmować mury Collegium Stomatologicum jak onegdaj Wizygoci forsujący Mur Aureliana, by splądrować oblężony Rzym. Ledwo żywy biorę się za mycie zębów. Okazuje się, że zdobyta z wielkim trudem, w najgorętszym ogniu sponsorowanego przez pewną prominentą wykładu szczoteczka elektryczna padła. Nie powstrzymuje mnie to jednak przed pozbyciem się wroga, jakim jest nieświeży oddech. Przerzucam warstwę bibelotów i wśród bałaganu panującego w biurku, na samym dnie szuflady odnajduję mojego wybawiciela. Z opakowania jednorazowej szczoteczki dla dzieci uśmiecha się do mnie króliczek. Cóż, dobre i to. Przynajmniej jest dopasowana do mojego poziomu dojrzałości emocjonalnej.
Na zajęcia docieram o 8.10.
– Dzieńdobryprzepraszamzaspóźnienietramwajnieprzyjechał – dyszę wpadłszy na salę kliniczną. Wita mnie rozbawiony wzrok moich rówieśników. Okazuje się, że może i przybyłem za późno, lecz prowadząca postanowiła tego dnia spóźnić się jeszcze bardziej. W oczekiwaniu na seminarium zajmuję miejsce obok Pauliny – koleżanki, z którą zwykłem pracować w parze przy przyjmowaniu pacjentów.
– I jak tam, Karol? Znowu się spóźniłeś! I znów przez tramwaj, co?
– No pewnie, przecież wiesz, że nie mam absolutnie żadnych dobrych połączeń do Stomatologicum, a jak już coś się zepsuje to w ogóle dramat…- burknąłem.
Być może jest to dla Was absolutnie normalna wymiana zdań. Wypadałoby jednak w tym miejscu wspomnieć, że mieszkam w akademiku jakieś sto metrów od Centrum Stomatologii. Wychodzę jednak z założenia, że ZAWSZE jakieś tramwaje się psują, a ja sam przecież naprawdę nie mam jak dojechać na uczelnię. No, chyba że rektor się nade mną zlituje i otworzy jakąś kolejkę wąskotorową na trasie od akademika do Collegium Stomatologicum.
– A poza tym przecież wiesz, że szanuję naszych mentorów i biorę z nich przykład. Jak więc mógłbym być punktualnie? – pytam retorycznie.
Miłą skądinąd rozmowę przerywa pojawienie się asystentki. Co było później – nie wiem. Magicznym sposobem seminaria ze stomatologii dziecięcej zawsze zabierają mnie daleko w inny świat, czasoprzestrzeń ulega zakrzywieniu. Ja sam, łamiąc spektakularnie ramy określane przez prawa fizyki, przenoszę się o jakieś czterdzieści pięć minut do przodu. Potrzebuję do tego jedynie zacisznego kąta na sali. Najlepiej takiego, żeby jakiś miły, barczysty kolega znajdował się na linii ja – pani doktor. W spaniu na porannych zajęciach osiągnąłem taki poziom wprawy, że spokojnie mógłbym zostać przewodniczącym SKN Spania Na Stomatologii. Ba, doktorat nie byłby żadnym problemem. Światowa kariera stanęłaby otworem, międzynarodowe konferencje, szkolenia, warsztaty… Ale nic to. Specjalizacja z zasypiania na seminariach, niczym Batman, to z pewnością dziedzina, na którą dentyści zasługują, lecz nie taka, której potrzebują w tym momencie.
Po teorii przychodzi czas na praktykę.
Czasem gdy wchodzimy do katedry stomatologii dziecięcej na salę z unitami mam przed oczyma te wszystkie cholernie epickie kadry z filmów katastroficznych. Ujęcie od przodu, grupa strażaków idzie z toporkami w garści do płonącego budynku. W tle wybuchy. Wyglądają jak goście absolutnie gotowi na wszystko, łącznie ze śmiercią, tacy którzy idą po prostu zrobić swoją robotę. I zrobią ją dobrze. Nie liczy się nic oprócz wykonania zadania, jesteśmy jak stal hartowana w najgorętszym ogniu etc.
A potem dziecko, chłopczyk lat pięć, siada na fotelu.
Mierzymy się przez chwile wzrokiem. Oboje nieufnym. Oboje przerażeni. Oboje gotowi na wszystko. Problem w tym, że, metaforycznie rzecz biorąc, nie byłem żadnym zafajdanym strażakiem idącym kogoś ratować. Więcej braterstwa czułem w tym momencie z mitycznym Heraklesem stojącym przed Lwem Nemejskim.
Trwa nasza walka na spojrzenia. W absolutnej (prawie – kto był na zajęciach stomatologii ten wie, że w tle prawie cały czas panuje szum) ciszy bardzo powoli, żeby go nie spłoszyć, sięgam po moją broń. Oponent bacznie śledzi wszystkie moje ruchy, tak, jakby spodziewał się ataku. Wiem, że w momencie, w którym przejrzy mój plan będę miał bardzo mało czasu na działanie, a jeden nieostrożny gest może sprowokować bestię do walki.
Wreszcie moja dłoń dociera do narzędzi. Bardzo spokojnie chwytam w dłoń zgłębnik i lusterko, które z kolei rozpoczyna wędrówkę do drugiej ręki. Okazuje się jednak, że potwór przejrzał mój plan. Widzę jak jego źrenice się rozszerzają, a oblicze wykrzywia się w grymasie przerażenia. W ułamku sekundy orientuję się, że od teraz mam bardzo mało czasu na działanie. Zręcznym ruchem porzucam zgłębnik, chcąc w pełni skupić się na władaniu lusterkowym orężem i pakuję palec w sam środek ziejącej otchłani paszczy bestii. Czuję się jak skandynawski bóg Tyr wkładający dłoń w pysk wilka Fenrira. I, tak jak on, totalnie obawiam się, że drapieżnik w każdej chwili może mi coś odgryźć. Chcąc dodać sobie otuchy, nabieram powietrza w płuca i wznoszę okrzyk bojowy każdego dentysty przyjmującego dziecko:
– Ślicznie, Marcinku, teraz szeroko otwieramy buzię, bardzo ładnie, jeszcze tylko chwilkę tutaj lusterkiem zobaczę czy wszystko dobrze z ząbkami, a jaką ładną naklejkę zaraz dostaniesz! – wrzeszczę nieomal w akcie desperacji.
Na Marcinku nie robi to jednak wrażenia. Zaczyna, niby banshee, wydawać z siebie dźwięk porównywalny jedynie z syreną strażacką bądź alarmem przeciwlotniczym. Mięśnie potwora naprężają się w wytężonej próbie zwarcia paszczęk, rozpoczyna się próba sił.
Po kilku minutach nierównej walki daję za wygraną i wzywam wsparcie artyleryjskie.
– Pani doktor, już zrobiliśmy przegląd, można prosić?
– Tak, oczywiście, już do was idę!
Dzięki Bogu, dziecko nie miało próchnicy. Skończyło się na skromnej fluoryzacji, co poszło już dość sprawnie. Niedługo później w aurze triumfu opuściliśmy zakład stomatologii dziecięcej. Cieniem na mój nastrój kładła się jednak świadomość, że już jutro przyjdzie czas na powrót do spalonych słońcem dżungli Zakładu Stomatologii Dziecięcej – i że Marcinek, mimo, że przeciwnikiem był potężnym, wcale jeszcze nie należał do pedodontycznych drapieżników ze szczytu łańcucha pokarmowego…
