Każdy kto studiował na uczelni medycznej zapewne wie jak wybiera się zajęcia fakultatywne. W teorii chwyta się albo to co ciekawe albo to co można zaliczyć minimalnym wkładem pracy. W praktyce zaś jest tak samo – tyle, że trzeba dopasować fakultety do planu zajęć i zdążyć się zapisać zanim skończą się miejsca.
Ja mam zaś przyjemność uczęszczania na takie zajęcia z implantoprotetyki. Fantomowej. Wiadomo, że na uczelni styczność z implantami ma się niewielką – o ile w ogóle jakąkolwiek. Wiadomo też, że fajny, praktyczny fakultet to skarb, nie narzekam więc. Z drugiej jednak strony idąc na nie można z góry spodziewać się najdziwniejszych zdarzeń – ze strony studentów oczywiście. Nie trzeba chyba nikogo, kto pomyślnie (?) zakończył okres dojrzewania, przekonywać, że robienie czegoś po raz pierwszy wiąże się z potężnym ryzykiem fakapu. I że sprawdza się to nie tylko w stomatologii.
Będąc na drugich już zajęciach z cyklu, rozejrzałem się po sali. Wokół plejada znajomych twarzy – jedne bardziej, inne mniej znane. Niektórzy zapewne pojawili się tu dlatego, że implantologia to ciekawa dziedzina. Inni powiedzą, że jest przyszłościowa. Ktoś pewnie przyszedł, bo akurat pasowało mu w planie. Ale nie ja. Nie oszukujmy się – przyszedłem, bo po prostu l u b i ę s k a l p e l e.
Wkroczyłem na salę – spóźniony oczywiście. Każdy superbohater ma swój znak rozpoznawczy. Batman ma nietoperza. Spiderman – pająka. A ja przychodzę na uczelnię po czasie. Po krótkim instruktażu zasiadłem z koleżankami z grupy na stanowisku i zabraliśmy się do roboty. Do dyspozycji mieliśmy jeden zestaw ćwiczebny na trzy osoby. Otwieramy kasetkę z wiertłami – dla zahartowanego w boju implantologa jest to codzienność. Nam jednak, biednym studentom, od dobrobytu w oczach się mieni. Po chwili konsternacji bierzemy się do roboty w systemie zmianowowo-grupowym. Mówiąc prościej – jedna osoba robi, po chwili następuje moment konsternacji, kilka pytań i słów niecenzuralnych, acz nadających dynamiki dyskusji, rzuconych w eter i podjęcie próby przez kogoś innego. Ostatecznie udało nam się jednak przejść do systemu “jedna osoba – jeden implant – zmiana”. Wpierw jednak nadszedł czas na ocenienie pierwszego wkręconego przez nas implantu przez prowadzącego.
Zanim to nastąpiło śmiałem wyrazić wątpliwość, że być może implant jedynki nie powinien tak wypychać kości dojęzykowo. Reszta towarzystwa potwierdziła, podpierając jednocześnie to twierdzenie tezą, że jak ta wewnętrzna blaszka pęka to jest cień szansy, że przypadkowo jakimś trafem coś bardzo teoretycznie mogło pójść nie tak. Gdy odwiedził nas asystent to zgodnie, jak dobra złodziejska banda w areszcie, zachowaliśmy zmowę milczenia. Wtem jednak spostrzegliśmy, że oko pana doktora spoczęło na tym właśnie felernym miejscu. Podjąłem rękawicę – wytoczyłem najlepszą obronę, jaka przyszła mi do głowy:
– Panie doktorze, to nie błąd w sztuce, to powikłanie!
Odpowiada mi reakcje złożona – ale w swej złożoności szczera. Najpierw sekundowe milczenie. Narastający szok widoczny na twarzy, który po chwili przechodzi w bezgraniczną bekę. Chwilę później nasze młode, delikatne i dziewicze lekarskie sumienia zostają uderzone potężną bombą.
– To? Proszę pana, to już nie jest błąd, to powikłanie błędu! – powiedział doktor krztusząc się ze śmiechu. Co – nie ukrywajmy – udzielało się i nam. W końcu sztuczna żuchwa nie uraczy nas pozwem ani złym słowem.
Cóż, potem poszło już dobrze, wszyscy śmiali się i dokazywali. Kolejne implanty wychodziły nam nieco stabilniej. Pamiętajcie jednak – porażka to doskonała droga do nauczenia się wykonywania rzeczy poprawnie! I jest to prawda ogólnożyciowa, nie obejmuje wyłącznie implantologów.
