Krzyżówka, proktolog i zupka chińska

Dzisiaj wróciłem do domu wcześniej. W kuchni zastałem malowniczy bajzel oraz Andrzejka, zatopionego w swoich własnych myślach. Pochylał się nad wyświechtaną krzyżówką, która w zeszłym roku pełniła rolę podkładki pod mikrofalę. Wiem to głównie dlatego, że niejednokrotnie gapiłem się na czoło brunetki z okładki, w oczekiwaniu na podgrzanie żarcia.

– Zwierzchnik urzędu pocztowego – odezwał się A.

Wydałem z siebie bliżej niezidentyfikowane chrząknięcie i schowałem głowę do lodówki. Andrzejek nie przejął się szczególnie i sam wypełnił puste pola.

– Ostatnia planeta układu słonecznego.

– Pluton – wypaliłem, zadowolony z siebie. To pamiętałem.

– Pluton nie ma rangi planety już od kilku dobrych lat – oznajmił A. z niezmąconym spokojem i zamiast tego wpisał: „Neptun”.

– Obecny prezydent Brazylii?

– Skąd mam to wiedzieć? – zapytałem, lekko rozdrażniony, siadając na stołku naprzeciwko. Stołek cmoknął, kiedy przykleiłem do niego swoje spodnie.

Andrzejek splótł końce palców i przez równe dziesięć sekund przyglądał mi się, niczym wyjątkowo interesującemu gatunkowi owada.

– No tak – oznajmił tylko.

Wiecie, Andrzejek się zmienia. Dojrzewa, ale w taki irytujący sposób. To chyba przez tę specjalizację Czasami spotkam starego Andrzejka, który nie sprząta i odbył tego dnia dziesięć rozmów z trzema różnymi Napoleonami i jednym Dzierżyńskim. W inne dni jednak spotykam Andrzeja, który spędził godziny na rozmowie z niedoszłym samobójcą lub gorzej, z rodzica samobójcy, któremu się udało. Nie są to oczy człowieka szczęśliwego. Czas wolny spędza na jakimś masochistycznym kursie dla psychoterapeutów, rozwiązywaniu krzyżówek lub seansach kina ambitnego. Jego szanse na poznanie kogoś są teraz równe szansom wpadnięcia pod tramwaj w Kraśniku.

– Lekarz od ostatniego odcinka układu pokarmowego – czytam na głos do góry nogami.

– Byłem dzisiaj u proktologa – oznajmił A. niezobowiązującym tonem.

Przywdziałem swój najbardziej naturalny wyraz twarzy i zapytałem:

– Jak było?

– Dziwnie – odpowiedział Andrzejek, drapiąc się po czole.

Przez myśli przegalopowały mi dzikie wizje, których wolałbym nie oglądać z udziałem swojej dobrej woli.

– Ponieważ lekarz w trakcie badania oglądał mecz Radwańskiej – kontynuował mój współlokator.

Zastygłem, jednak nie była to najdziwniejsza rzecz, której przyszło mi doświadczyć tego dnia. Do kuchni bowiem wkroczył Janek, dumny najemca trzeciego pokoju. Janek jest inżynierem. W całej okazałości tego słowa. Na naszych oczach wsypał do miski ostrą zupkę chińską i zalał ją ODWAŻONĄ na wadze ilością wrzątku. Nie zrozumcie mnie źle. Tylko kto tak naprawdę czyta instrukcje…?!

– Obsesyjno – kompulsyjne – wymamrotał pogodnie Andrzejek, ponownie skrobiąc w krzyżówce.

Potarłem nos. W sumie. Czym jest norma? Przecież oprócz dentystów i Andrzejka muszą istnieć inni ludzie i zajmują się tym, czym akurat my się nie zajmujemy. Na przykład odważaniem ilości wody, rozmawianiem o przekroju prętów do zbrojenia betonu czy też czytaniem instrukcji do ekonomicznych gier planszowych, które obejmują dwadzieścia stron ciurkiem. Właściwie można powiedzieć, że na swój sposób są fascynujący.

T.
Grafika do wpisu pochodzi z serwisu Freepik.